poniedziałek, 25 czerwca 2018

Co denerwuje mnie w fit świecie?

Lato się zbliża, a oznacza to, że wszędzie zaczyna się sezon ''formy na lato'' czy też ''plażowej figury''. Na wielu mediach społecznościowych jesteśmy zalewani przeróżnymi fit kontami, które albo chcą nam wcisnąć niepotrzebne suplementy albo chcą nas zmotywować do zmian i pracy nad swoim ciałem. Osobiście uwielbiam instagrama i niestety przesiaduję na nim kilka godzin dziennie, obserwuję kilkanaście kont właśnie o tematyce fitness i z ogromną przykrością muszę stwierdzić, że coraz więcej takich kont po prostu mnie denerwuje, a wręcz dołuje. W dzisiejszym poście chciałam Wam podać 5 powodów dlaczego ten cały #fitnesslifestyle mnie wpienia i czasami odechciewa się udzielania w tym temacie - zapraszam! :)

1. 100% ALBO NIC
Nie znoszę jak ktoś mi wmawia, że dzień musi być na 100% . Życie nie jest idealne jak w komedii romantycznej i nie ma opcji, że los tak nam sprzyja, że wszystko idzie nam jak po maśle. Nie było treningu na 100%? Musiałeś skończyć go wcześniej bo brakło sił? Micha nie była ''czysta'' przez cały dzień i podjadłeś trochę czekolady od babci? Nie dokończyłeś projektu i musisz jeszcze nad nim popracować? W TAKIM  RAZIE SPIERDZIELIŁEŚ DZIEŃ! NIE BYŁO 100%! No po prostu to jest nie do wytrzymania. To oczywiste, że nie jesteśmy robotami i nie dajemy z siebie wszystkiego. Każdy ma słabsze i lepsze dni i czasami dajemy z siebie 10%, a czasami 250% ;) Nie można być chorym perfekcjonistą i pracować do utraty tchu. Życie mamy tylko jedno i trzeba na siebie uważać i cieszyć się z tego co robimy, puścić na luz...a nie ;) Takim kontom mówię aut!

2.PUPY WSZĘDZIE PUPY
Ja rozumiem, że żeby wybić się na social media trzeba czymś przykuć uwagę i zebrać jak najwięcej lajków i followersów,  ale teraz mam wrażenie, że gołe tyłki babeczek (w sumie nie tylko babeczek...) są wszędzie. Rozumiem - mają piękne, szczupłe i umięśnione ciało, ale instagram (i nie tylko on) nie jest gazetką playboy i moim skromnym zdaniem takie zdjęcia to spory niesmak i nieodpowiednia treść dla młodej części odbiorców.

3.DAWANIE RAD, KTÓRYCH WCALE NIE POTRZEBUJESZ
Uwielbiam tą część instagrama, która daje rady kompletnie niepotrzebnie i właściwie bez jakiegokolwiek powodu. Bardzo często dostaję prywatne wiadomości lub komentarze, które sugerują mi, że powinnam np:. jeść więcej/mniej tego, tamtego i łykać tamto jako uzupełnienie diety lub dlaczego powinnam wstawiać posty częściej albo dlaczego MUSZĘ kupić jakąś rzecz. Takie osoby są z mojego profilu wyrzucane ;) Jak nie pytam o rady to znaczy, że ich nie potrzebuję - proste!

4.CODZIENNA OCHOTA NA TRENING
To chyba najbardziej dołująca mnie rzecz na social media związanym ze sportem. Kocham moje treningi, kocham się ruszać, ale nie mam codziennie ochoty na trening. Czasami nawet zdarza się tak, że nie ćwiczę 4 dni z rzędu BO MI SIĘ NIE CHCE! Przecież to normalne, że organizm potrzebuje regeneracji i nie można go tak zajeżdżać bo w końcu odmówi nam posłuszeństwa. Dlaczego denerwują mnie, a raczej dołują osoby, które rzekomo codziennie tryskają pozytywną energią na trening? Bo gdy przeglądam takie profile czuję się gorsza, bo ja akurat dzisiaj nie ćwiczę, że nie mam motywacji, że jestem beznadziejna...Mam niestety skłonności do perfekcjonizmu i takie osoby wywołują u mnie przykrą mieszankę uczuć. Porównuję się do nich i niestety obwiniam siebie, że jestem leniwa. Wiem, że wiele dziewczyn ma podobnie i polecam robić tak jak ja - starać się nie obserwować takich ludzi i zrozumieć, że każdy ma gorsze dni i w tym czasie jest leniwcem do kwadratu :)

5.JEŚLI NIE CHODZISZ NA SIŁOWNIĘ I NIE DŹWIGASZ CIĘŻARÓW TO TAK NAPRAWDĘ NIE TRENUJESZ!
No i czas na najbardziej denerwującą mnie rzecz. Nie rozumiem ludzi, którzy za definicję treningu uważają jedynie zabawę z ciężarami. Trening to pojęcie ogólne i każdy może trenować jak mu się żywnie podoba! Niektórzy preferują bieganie, jogę, piłkę nożną, siatkówkę, pilates, a niektórzy ćwiczą na siłowni. Nie każdy chce być kulturystą czy bikini fitness, nie każdy chce mieć mięśnie ze stali i nie każdy musi mieć karnet na siłownię ;) Już wielokrotnie spotkałam się z hejtem wobec mojej osoby, że jak śmiem pisać, że robiłam trening skoro nawet nie chodzę na siłownię? Dlaczego ja wspominam o treningu skoro ćwiczę pilates albo robię treningi funkcjonalne w domu, a nie idę robić martwych ciągów z obciążeniem 100kg+. Każdy sobie ćwiczy jak chce i lepiej się do nikogo w tej kwestii nie przyczepiać. To jaką formę aktywności fizycznej lubimy najbardziej jest kwestią bardzo inwidualną i najważniejsze jest to, że w ogóle się ruszamy bo ruch to zdrowie! :)



Jestem bardzo ciekawa jak jest u Was z tą aktywnością i z tym całym fit światem w social media. Obserwujecie takie osoby? Trenujecie? Też Was coś denerwuje i staracie się tego unikać? Dajcie znać w komentarzu jestem bardzo ciekawa Waszego zdania! :)

piątek, 22 czerwca 2018

Mój wegetariański jadłospis (23)

Kolejny piątek i kolejny jadłospis! Teraz postaram się kontynuować tą serię i publikować oczywiście co piątek jak już zapowiadałam wcześniej :) Teraz coraz więcej warzyw i owoców się pojawia, a ja w końcu doczekałam się moreli i brzoskwiń! Kocham brzoskwinie i stawiam je na równi z jabłkami - w okresie letnim właśnie nimi zajadam się na potęgę ;) Teraz tylko z niecierpliwością czekam na paprykę, borówki, maliny i śliwki :D

Dzisiejszy jadłospis jest pod tytułem ''wyjadam resztki z lodówki''. W ten dzień nie miałam kompletnie nic z warzyw, trochę owoców, a wyjść na zakupy się nie chciało :P Mimo to stworzyłam bardzo smaczne i syte posiłki, które idealnie sprawdziły się w dniu treningowym. Zapraszam do przeglądania!

Na czczo 4 szklanki wody niegazowanej aby pobudzić żołądek i się nawodnić :) Potem trening :)


Na pierwszy posiłek chciałam zjeść coś na słono, a że pogoda umożliwiła mi pieczenie buraczków to wykorzystałam zalegający zapas. Przez upały nie ruszałam piekarnika, a więc pół kilo tych warzyw mi zalegało i w końcu musiałam coś z nich wyczarować. Upiekłam je w przyprawie do ziemniaków, a do tego miałam pół cukinii oraz całe opakowanie pasty z tofu wędzonego (z Lidla). Dodatkowo mam wafle kukurydziane i chrupiącą ciecierzycę w przyprawie fromage - py-cha!


Na drugi posiłek oczywiście już na słodko. Wybrałam serek wiejski z sosem o smaku Milki Whey i pestkami słonecznika. Dodatkowo mam jedno średnie jabłko oraz 3 spore morelki :) Proste, szybkie i pyszne. Ten posiłek chyba nigdy mi się nie znudzi, a teraz jak zaczęłam dodawać pestki/orzechy to smakuje mi jeszcze bardziej :D


Na ostatni posiłek mój niezawodny budyń jaglany. Tym razem w wersji z białkiem o smaku Reese's i z masłem orzechowym. Dodatkowo mam tutaj trzy małe jabłka oraz mojego ulubionego batonika od bombus energy w wersji z kakao i ziarnami kakaowca. Muszę znowu gdzieś ich poszukać bo są przepyszne.


To by było na tyle :) Mam nadzieję, że jadłospis Wam się podoba i może kogoś zainspiruję :)
Miłego weekendu!

środa, 20 czerwca 2018

Czekolady Plamil cz.2

Czas na drugą i ostatnią część czekolad od Plamil! Poprzednią znajdziecie tutaj, a dziś pojawi się dużo więcej moich czekoladowych ulubieńców tej marki :) W dzisiejszej recenzji zestawiłam  bardziej klasyczne wersje tych czekolad, które są zdecydowanie bardziej uniwersalne :) Jak wypadła reszta rodziny od Plamil? Zapraszam do czytania! :)









Składy:








COOL MINT DARK - Znowu mięta? No niestety, ale wcale nie dziwię się temu, że znów pojawia się tutaj takie zestawienie smakowe. Czekolady są przecież produkcji brytyjskiej, a w Wielkiej Brytanii uwielbiają to połączenie! Tutaj recenzja będzie bardzo krótka i bez rozwodzenia się - czekolada nie smakowała mi, bo jest tak miętowa, że dla mnie to stanowcza przesada. Ta tabliczka skierowana jest zdecydowanie dla miłośników mięty i jej bardzo wyrazistego smaku. Ta jednak różni się od miętowej czekolady z poprzedniej recenzji, bo podczas jedzenia ma się wrażenie, że ona tak jakby chłodzi w język. No nie dla mnie, ale jeśli kochacie miętę to kupujcie!

1/10


KAWOWA - Pijać kawy nie lubię i kompletnie mi nie smakuje w formie napoju, ale zapach kawy czy słodycze z jej udziałem ostatnio strasznie polubiłam! Nawet przeprosiłam się z kawowymi Merci, których tak bardzo nie lubiłam przez wiele lat. Do tej tabliczki podeszłam z ogromną nadzieją, bo nie dość, że mamy w niej udział kawy to jest to czekolada gorzka - czyli moja ulubiona! Tutaj jest 72% kakao czyli to moja ulubiona ilość jeśli chodzi o tabliczki. Nie jest to za dużo ani za mało, a właśnie tak w sam raz i idealnie. Po otwarciu tej czekolady pierwsze co poczułam to silny i bardzo intensywny aromat świeżo zaparzonej kawy. Od razu ślinianki zaczęły mi pracować na najwyższych obrotach i się zakochałam! Czekolada pięknie się łamała, a smakowała...no bajecznie! Miłość od pierwszego gryza :) Słodka, bardzo aromatyczna i przełamana kopem dobrego espresso. To coś dla miłośników kawowych doznań.

100/10!


POMARAŃCZOWA - Tak jak przeprosiłam się z kawą słodyczach, tak samo zrobiłam z pomarańczą. Coraz więcej czekoladowych smakołyków z jej udziałem mi pasuje pod jednym warunkiem - nie może być to skórka pomarańczowa! To już by nie przeszło ;) Tutaj na szczęście mamy aromat, a nie skórkę, a więc szybko zabrałam się za jej test bez większych obaw. Już po otwarciu pierwsze co przyszło mi na myśl to nasze Delicje Szampańskie. Uwielbiam je, a więc byłam przekonana, że ta czekolada również mi posmakuje. Ja wypadła? Bardzo pozytywnie! Tutaj mamy odrobinę mniej kakao bo 60%, ale moc kakao dawała o sobie znać. Aromat pomarańczowy był bardzo naturalny i smakiem przypominała właśnie nasze krajowe ciasteczka, ale w formie uroczej tabliczki - pycha :)

10/10


GORZKA I GORZKA BEZ DODATKU CUKRU - Te dwie tabliczki postanowiłam zrecenzować równocześnie, bo dla mnie nie różnią się smakiem :) Jedna jest w wersji bez cukru, a zamiast niego została posłodzona ksylitolem. Tabliczki mają idealną zawartość kakao, po otwarciu pachną pięknie i aż proszą się o zjedzenie! Obie smakują jak typowe gorzkie czekolady, pięknie się łamią i ciężko zaprzestać na jednym kawałku. Smakują dla mnie identycznie i nie wyczułam różnicy między tą słodzoną cukrem, a tą słodzoną ksylitolem. Obie są pyszne i warte spróbowania!

10/10




EKSTRA GORZKA - Jak już pisałam wcześniej, dla mnie gorzka czekolada nie powinna mieć więcej niż 75% kakao, bo po prostu te z wyższą jego zawartością są dla mnie zbyt gorzkie. Do tej tabliczki podchodziłam trochę jak pies do jeża, ale w końcu przekonałam się i spróbowałam. To 87% kakao dawało o sobie znać już po samym otwarciu. Aromat był bardzo, ale to bardzo intensywny, ale w przyjemny i kuszący sposób. Tabliczka pięknie łamała się z trzaskiem, a smakowała...o dziwo smacznie! Nie była tak wciągająca jak te z niższą zawartością kakao, ale jedzenie jej było przyjemne ;) Zdecydowanie tutaj wystarczy malutki kawałek aby zaspokoić chęć na czekoladę. Smaczna, ale raczej dla osób gustujących w tabliczkach 80%+ ;)

8/10


MLECZNA - Miałam już przyjemność testować wiele mlecznych czekolad wegańskich, ale te często nijak mają się do smaku mlecznej czekolady z mleka krowiego. Do tej podeszłam z wielką nadzieją po poprzednich pysznych doznaniach z innymi smakami. Lubię testować różne mleczne wegańskie czekolady bo są bardzo intrygujące i zdecydowanie warte spróbowania. Ta tutaj ma 45% kakao, co i tak jest znacznie większą ilością niż niektóre klasyczne mleczne czekolady. Po otwarciu pachniała pięknie niczym dobrze znana wszystkim Milka. Mleczny aromat był wręcz nieprawdopodobny i bardzo mnie zaintrygował, bo za nic w świecie nie mogłam zrozumieć jak oni uzyskali taki zapach bez ani grama mleka! Szybko zabrałam się za jedzenie i serio nie zawiodłam się. Czekolada smakowała jak najprawdziwsza mleczna czekolada i nawet moi rodzice nie zorientowali się, że jest wegańska! Mleczną nutkę da się wyczuć i nie jest ona sztuczna. Dodatkowo nie pozostaje nam proszkowy posmak na języku i czekoladę je się z ogromną przyjemnością. Pyszna i usatysfakcjonuje wszystkich, którzy z jakiś powodów nie mogą zjeść zwykłej mlecznej czekolady.

10/10

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Jak z nocnej sowy stałam się rannym ptaszkiem?

Odkąd pamiętam była osobą typu ''sowa'', która wolała posiedzieć do późnych godzin nocnych, a rano po prostu sobie odespać. Nie lubiłam wczesnego wstawania, a słysząc rano budzik o godzinie 6.50 kiedy miała wstawać do szkoły, ze złości chciało mi się wręcz płakać, bo przecież tak mało spałam! Zarywałam nocki do 3-4 rano, a potem wychodziło tak, że w ciągu dnia nie miałam energii, byłam rozdrażniona, nie chciało nic mi się robić i wiecznie brakowało mi czasu. W gimnazjum było najgorzej, bo sypiałam może po 4 godziny i  na nic nie miałam siły i ochoty...no bo nie oszukujmy się kto normalny dobrze funkcjonuje po tak małej ilości snu?! Rodzice starali się mnie pilnować i do godziny 23.00 (bo tak chodzą spać) miałam nadzór, ale później - hulaj dusza piekła nie ma ;)

Dopiero w klasie maturalnej w liceum postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce i coś zmienić. Nie mogłam znieść tego, że nie mam czasu na większość rzeczy, bo wstawałam za późno w wolne dni albo po szkole odsypiałam nieprzespaną noc. Chciałam to zmienić i to bardzo, bo brakowało mi czasu na treningi, naukę, spotkania rodzinne czy bloga! Ciągle to odkładałam, ale zmotywowałam się i postanowiłam to zmienić. U mnie metoda małych kroczków absolutnie się nie sprawdza, bo jestem osobą typu ''słomiany zapał'' i małe zmiany mnie bardzo męczą. Zmiana była ostra i szybka, ale skuteczna! Postanowiłam, że będę wstawać o w miarę realnej godzinie i padło na 5.00 rano - codziennie, niezależnie od tego czy jest to weekend czy dzień roboczy. Ten poranny czas wygospodarowałam sobie na przyjemności czyli treningi, spacery lub bloga, bo po szkole po prostu mi się nie chciało, a dochodziły też zajęcia dodatkowe z matematyki, lekcje i nauka na masę zaliczeń.

Na samym początku było mi bardzo ciężko. Nie mogłam się przestawić, ciągle byłam zła kiedy dzwonił mi budzik o 5.00, bo w nocy ciężko mi się zasypiało. To była bardzo drastyczna zmiana, bo z osoby, która zasypia po 1.00 musiałam zmienić się na osobę chodzącą spać o 21.00. Pierwszy miesiąc to były istne męczarnie, ale nie poprzestawałam i cisnęłam. Motywowało mnie to, że przed szkołą mogę sobie na spokojnie zrobić trening kiedy cały dom jeszcze śpi :) I wiecie co? To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu! Nagle zyskałam dodatkowe godziny, a z rana udawało mi się zrobić większość rzeczy ''to do''. Lepiej mi się uczyło, zaczęła regularnie ćwiczyć bo wreszcie miałam na to czas i od razu zmienił się mój nastrój, z którym było ciężko. Miałam czas też dla rodziny, bo gdy z rana sobie wszystko mniej więcej ogarnęłam to później mogłam na spokojnie towarzyszyć rodzince przy popołudniowej kawie. Nie macie pojęcia jak pięknie jest o świcie, kiedy ptaki śpiewają i jest tak cicho...robię trening na spokojnie, nie goni mnie czas, bo rano on jakoś wolniej płynie :) Rano też mogę odpalić komputer, naskrobać coś na bloga albo w ciszy i spokoju się pouczyć. Nikt do mnie nie mówi, nikt nic ode mnie nie chce...to jest mój czas i jestem tylko ja i poranek :) Cudowne uczycie!

Wiecie co najbardziej mnie zaskoczyło w tej zmianie? Nie to, że mam więcej czasu, ani nie to, że poprawiło się moje samopoczucie, ale to, że w końcu się wysypiam! Chodzę spać góra po 22.00 i przesypiam jednym ciągiem to 7-8 godzin :) Dodatkowo dochodzi satysfakcja, że założony cel się udaje, a ja jestem bardzo zawzięta i zawsze brnę do końca założonych sobie celów :D

Jestem ciekawa jak to jest u Was? Jesteście nocnymi sowami czy rannymi ptaszkami? A może chcecie się dowiedzieć jak zacząć tak wcześnie wstawać? Poznać moje triki, które umożliwiły mi taką diametralną zmianę? Dajcie znać w komentarzu! :)






piątek, 15 czerwca 2018

Mój wegetariański jadłospis (22)

Jest piąteczek to i czas na jadłospis! Teraz mamy coraz większe bogactwo warzyw i owoców, a więc korzystam ile się da :) Szkoda tylko, że jakoś nie mam okazji pojeść truskawek, bo u mnie na ryneczku ciężko dostać ładne :/ Jak już idę to przeważnie są takie ''ugotowane'' i za tymi ładniejszymi trzeba się wyjątkowo rozglądać. Mimo tego udało mi się upolować w miarę ładne i wcale dużo nie odeszło, a to wielki plus! Nie ma nic gorszego jak kupić truskawki i połowę wyrzucić, bo nie nadają się do jedzenia :( A Wy zajadacie się już tymi owocami? ;)

Ten jadłospis jest już z dnia treningowego. Teraz mam nowy plan treningowy i idę sobie troszkę innym schematem, który bardzo mi odpowiada. Treningi podzieliłam na partie i już nie ćwiczę w stylu full body workout i w sumie progres jest :) Dzięki temu więcej nawet trenuję w ciągu tygodnia i te treningi mi się tak szybko nie nudzą, a to ogromna zaleta! Nie przedłużam już i zapraszam do mojego dziennego jadłospisu :)

Na czczo oczywiście dużo wody i trening.


Na pierwszy posiłek od razu po treningu zjadłam budyń z kaszy jaglanej z białkiem Reese's, masłem orzechowym karmelowym oraz batonikiem o smaku masła orzechowego na bazie daktyli. Dodatkowo miałam ogromne jabłko (pierwszy raz w życiu takie, które ważyło ponad 500g!).


Na drugi posiłek postawiłam na brokuła w przyprawach, smażone tofu wędzone, pieczonego buraka, ogórki konserwowe oraz ketchup i wafle kukurydziane. Proste, pyszne i pełne witamin :)


Na ostatni posiłek padło na całą kostkę twarogu z sosem o smaku czekolady z masłem orzechowym i do tego pół kilograma truskawek :) Truskawki okazały się bardzo słodkie i soczyste! Takie właśnie lubię najbardziej.

Mam nadzieję, że podobał Wam się mój jadłospis. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam udanego weekendu!

środa, 13 czerwca 2018

KitKat Dark

KitKat to zaraz po Reese's mój ulubiony batonik. Bardzo podoba mi się to, że ma wiele wersji smakowych i każdy znajdzie coś dla siebie, a dodatkowo często pojawiają się smaki limitowane. Ja osobiście najbardziej lubię wersję z masłem orzechowym, która dorównuje nawet Reese's cups i stawiam oba te słodycze na równi. Ostatnio podczas zakupów w Netto w moje łapki wpadł KitKat, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam, a mianowicie w wersji Dark - oblany gorzką, a raczej deserową czekoladą. Musiałam go oczywiście kupić jak najszybciej i zrecenzować dla Was! Kto ciekawy? Zapraszam do czytania :)


Skład:


Wygląd i smak: Jest to KitKat w wersji paluszków, który moim zdaniem jest mniej smaczny, ale to chyba zależy od osoby. Liczę na to, że wersja w deserowej czekoladzie również pojawi się w KitKacie Chunky, bo w niego wyjątkowo lubię się wgryźć ;) Opakowanie niczym szczególnym się nie wyróżniało, ale ten napis ''dark'' jednak od razu przywołał moje spojrzenie w sklepie. Rozczarowałam się po przeczytaniu składu, bo jest to czekolada deserowa, a nie gorzka, ale i tak lepsze ta niż mleczna :D

Po otwarciu batonik pachniał powalająco kakao. Aromat był bardzo intensywny i trochę przypominał mi ten z Prince Polo. Czekolada ładnie się błyszczała, a paluszki łamały się z przyjemnym trzaskiem czekolady i wafla. Smak? No dla mnie bomba! Kocham to połączenie leciutkich wafelków i grubej warstwy czekolady. Takich tradycyjnych wafelków nie lubię, bo tam jest przewaga wafli, a tutaj to właśnie czekolada gra pierwsze skrzypce. Czekolada oblewająca waflowe paluszki okazała się słodka, ale z wyraźniejszą nutą kakao niż w wersji mlecznej. Momentami miałam wrażenie, że czuję coś orzechowego. Ogólnie same plusy i będę do niego wracać regularnie. To pozycja obowiązkowa dla miłośników KitKat'ów! :)


Podsumowując:
10/10
   Cena - 2,99 zł Netto
Czy kupię ponownie? - Tak

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Daktynella

Nutella to rzecz, która chyba rozpoznaje każdy na świecie. Kultowy słodycz z dzieciństwa, który reklamowany jest jako idealna propozycja na śniadanie. Nie da się ukryć, że jest pyszna, ale ze zdrowym i zbilansowanym śniadaniem ma niewiele wspólnego i należy traktować ją jako słodycz. Nutella bowiem ma w sobie masę cukru i tłuszczu, a właśnie te składniki sprawiają, że jest taka smakowita ;) Nasz mózg bardzo lubi to połączenie, a więc kojarzy ten czekoladowo-orzechowy krem z czymś przepysznym i wręcz uzależniającym :D Nie będę ukrywać...ja również uwielbiam Nutellę, ale w większych ilościach jest dla mnie zbyt zamulająca i zdecydowanie należę do drużyny masła orzechowego #teampeanutbutter ;) Ostatnio jednak stworzyłam coś, co miało być a'la Nutellą, ale moim skromnym zdaniem jest o wiele lepsze! Mowa tu o kremie z daktyli, wegańskim, który posmakował całej rodzince, a nie zawiera w sobie białego cukru :) Chcecie przepis? Zapraszam! :)


Przepis /na 2 małe słoiki/:

3 kopiaste łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki syropu klonowego
3 łyżki pasty tahini
szczypta soli i cynamonu

1. Do miski przełożyć daktyle i zalać je wrzątkiem. Pozostawić pod przykryciem na jakąś godzinkę.
2. Daktyle dokładnie odsączyć, dodać do nich kakao, syrop klonowy, pastę tahini oraz szczyptę soli i cynamonu.
3. Całość dokładnie zblendować na gładką masę.
4. Przełożyć do czystych słoiczków i trzymać w lodówce(!) do ok. tygodnia.


Smacznego!