środa, 31 sierpnia 2016

Quest Bar Cookies & Cream

No to co? Startuję w 2 klasie liceum! :) Więcej nie piszę, bo nie ma się czym chwalić. Na razie nie mam szans na przeniesienie, ale jestem dobrej myśli (a raczej się oszukuję, że myślę pozytywnie), że po 1 semestrze się uda.

Jutro ostatni dzień prawdziwych wakacji i witaj szkoło! Musze zrobić się bardziej wymagająca, ambitna i zorganizowana. Będzie ciężko, ale muszę dać radę. Dziękuję za wszystkie kciuki!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Słodycze z ciasteczkami a'la Oreo przeważnie wychodzą udane i prawie zawsze mi smakują. Kocham to połączenie smaków i czy sa to zwykłe ciastka, czy może czekolada, to zawsze się skuszę na zakup i zjedzenie ;) Tak było w przypadku tego QB. Gdy tylko zobaczyłam, że oferują smak ''cookies & cream'' to przepadłam i MUSIAŁAM je mieć! Jak wypadły smakowo? Czy batonik wart był zakupu za dosyć wysoką sumę przez internet? Zapraszam!


Skład:


Wygląd: Po rozpakowaniu bardzo się ucieszyłam, bo mój batonik był wyjątkowo bogaty w dodatki :) Dużo kawałków ciasteczek, dużo kawałków białej czekolady i bardzo przyjemny kolor samego batonika. Jego kształt, wielkość i twardość była wręcz identyczna, jak innych QB. Ogólnie wrażenia z prezentacji bardzo pozytywne, ale jak smak? ;)


Smak: Powiem jedno - KOCHAM TEGO BATONA :D Dawno nie jadłam, ba, NIGDY nie jadłam tak smacznego batonika proteinowego! Zero posmaku słodzików, cudowna konsystencja, boski zapach i te kawałki ciastka i czekolady ♥ Zakochałam się zdecydowanie i wiem, że są to moje smaki po, które wrócę nie raz! Sama nie wiem jak mam go dokładnie opisać, ale postaram się przedstawić go identycznie, jak podczas konsumowania tej pyszności. Batonik jest dosyć twardy, ale tak mają już proteinowe wyroby. Jego smak (bez dodatków) jest po prostu słodki, ale bez sztucznego posmaku słodzika czy jakiegoś innego świństwa. Ciasteczka dodane do batonika są kruche, mooocno kakaowe i wręcz identyczne, jak te w Oreo. Dla mnie bomba! Kawałki białej czekolady, która robi za krem, te są wyborne, ale już nie tak ja same ciasteczka ;) Czekolada jest również krucha, lekko się sypie, ale mnie to nie przeszkadza ani trochę ;) Fajnie topi się w buzi i pozostawia posmak a'la leka w proszku :) Dla mnie pycha! I kupię go jeszcze nie raz.


Podsumowując:
100/10!
Cena - 9,99 
Czy kupię ponownie? - Tak!


wtorek, 30 sierpnia 2016

Masło orzechowe z nerkowców Mark&Spencer

Oho! To już dziś! Trzymajcie kciuki, bo musi się udać! Oby ominęły mnie stresy i żebym im tam nie zemdlała, bo niestety należę do osób bardzo ''emocjonalnie'' podchodzących do praktycznie wszystkiego :P Cóż...takim się jest i takim się zostanie, a więc trzeba się pogodzić i kropka! Powiem jeszcze raz - trzymać kciuki! :*


Masło orzechowe to życie, miłość i w ogóle wszystkie dobra zebrane na Ziemi. Ten, kto wymyślił to cudowne smarowidło jest GENIUSZEM i zdania nie zmienię aż do mojej śmierci. Moje ulubione masło orzechowe to zdecydowanie masło z nerkowców, które jest delikatne, słone i słodkie jednocześnie! Niestety są dosyć ciężko dostępne, a ich cena często...poraża. Jednak sklep M&S ma małą namiastkę tegoż to cuda! Masło z nerkowców na pół z ziemnymi i to za przyzwoitą cenę :) Zapraszam!

Skład:


Wygląd i smak: Malutki słoiczek z kremową i jasną zawartością. Skład może nie powala ilością nerkowców, ale już po odkręceniu wieczka czuć...właśnie te orzechy! Aromat jest bardzo intensywny i przyprawiający o ślinotok ;) Konsystencja (jak widać na zdjęciu poniżej) jest wprost IDEALNA, bo miękka, kleista i zbita :) Nie wiem jak Wy, ale mnie drażnią lejące masła na kanapkę, bo wszędzie mi w tedy leci i brudzę wszystko dookoła :P  Smak? Cudowny! Słodki i słony jednocześnie. Ponad to masło jest w wersji chrupiącej, a więc bez problemu można natrafić tu na kawałki orzechów. Jednak nie są już to nerkowce, a zwykłe ziemne :/ Cóż szkoda, ale wiadomo, że nerkowce są bardzo drogie. Ogólnie masełko bardzo na plus i na pewno będzie w moim stałym menu! Polecam się skusić, bo zadowoli nawet osoby, które uważają tradycyjne masło orzechowe za zbyt słone :)


Podsumowując:
10/10!!!
Cena - ok. 14 zł M&S
Czy kupię ponownie? - Tak!


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wegańska pasta meksykańska Lunter

Dziś poświęcam się w 100% nauce, a więc niestety nie wiem, czy odwiedzę Wasze blogi, a także nie wiem, czy odpowiem na komentarze. Jednak jestem dobrej myśli i postaram się wszystko tak zorganizować, aby dzień był udany i wykorzystany na maksa! Szykują się też drobne zakupy, a jutro...jutro ''sąd ostateczny''.

Lubicie pasty kanapkowe? Ja z chlebem ich nie jadam, ale na waflach ryżowych...o tak! Ostatnio mam na nie taką chcicę, że jem praktycznie codziennie :D Cóż...jeśli ma się takie zachcianki to trzeba je spełniać! Na blogu pasty Lunter pojawiały się już kilkakrotnie. Można tutaj przeczytać o Skwarkowej, Farmerskiej i Francuskiej. Dziś kolejny wariant - Meksykańska! jak wypadnie? Zapraszam :)


Skład:


Wygląd i smak: Rozpisywać się nad wyglądem opakowanie nie będę, bo już nie raz przy recenzji produktów Lunter mówiłam, że kojarzą mi się z PRL i kropka :D Grafika mają kiepskiego, albo po prostu to ich taki specyficzny styl.

Pasta w środku jest czerwona i ma w sobie drobinki papryki czerwonej i zielonej. Jej zapach na samym początku mówił jedno - będzie pikantnie! Czy tak też się okazało? Powiem Wam, że na początku jej kosztowania wydała mi się totalnie mdła i bez wyrazu. Nie czułam żadnej ostrości, a jedynie skórki od papryczek. Jednak po czasie, kiedy pastę już zjadłam na końcu języka zaczęło mnie palić. Było to przyjemne, nie nachalne, ale nasilające się z minuty na minutę. Dla osób o wrażliwych kubkach smakowych będzie raczej za ostre, ale myślę, że to fajna alternatywa dla wszystkich past z tofu, które są raczej bardzo delikatne. Ogólnie fajna rzecz, ale nie tak wybitna jak pozostałe smaki :) Czy polecam? Tak, bo możliwe, że sama do niej wrócę.


Podsumowując:
7,5/10
Cena - ok. 4 zł Tesco
Czy kupię ponownie? - Być może

niedziela, 28 sierpnia 2016

Mój wegetariański jadłospis (4)

Dziś nie haul, a kolejny jadłospis :) Moje niedzielne zakupy będziecie mogli już zobaczyć w następnym tygodniu, bo po prostu nie miałam wcześniej czasu na obcykanie wszystkiego ;) Teraz moje prywatne sprawy idą ''na całego'' więc mniej siedzę na blogu :) Obiecuję jednak, że w końcu się pojawi! Wiem, że wielu z Was lubi moje zakupy i czeka na nie z niecierpliwością ;)

Jadłospis, który przygotowałam dla Was, nie jest niestety wegański. Wpadła m tutaj mała słabość do serka wiejskiego i wyszło jak wyszło. Jednak jakoś się tym nie przejmuję, bo nie czuję się gotowa na 100% weganizm - muszę jeszcze odczekać, a może w końcu nie będę czuła potrzeby zjedzenia nabiału? :)


Na pierwszy posiłek w ciągu dnia zdecydowałam się na totalny misz-masz i czyszczenie resztek z lodówki. Na talerzu wylądowała zielona fasolka szparagowa (jakieś 300 gramów), 1 duuuże jabłko, jakieś 200 gramów ciecierzycy i całe opakowanie suszonej marchewki w przyprawach. Ponad to mam tutaj ok. 120 gramów chleba pro body i tradycyjnie ketchup jako dip.


Na drugi posiłek zdecydowałam się na coś słodkiego :) Padło na kaszę pęczak (cały woreczek) ugotowaną na wodzie z dodatkiem soli, a później wymieszaną z kubeczkiem jogurtu sojowego o smaku morelowym marki Sojade (już niedługo wstawię recenzję!). Dodatkowo mam tutaj 2 średnie jabłka i 2 batoniki bananowo-daktylowe z Biedronki (pyszne!)


Na trzeci i jednocześnie ostatni posiłek, wybrałam znów coś na wytrawnie. Padło na gotowanego brokuła, całą puszkę kukurydzy ( pod brokułem :) ), cały serek wiejski z przyprawą (suszone pomidory czy jakoś tak), marchewki w słupki (jakieś 200 gramów), całej paczki wafelków ryżowych, prażonej ciecierzycy (oj duuuużo :D) i ketchupu ;)


Mam nadzieję, że post się podoba :) Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam cudownej niedzieli! 

sobota, 27 sierpnia 2016

Fruit Bowl Apple Fruity Fingers

Hejka! Jak tam u Was w ostatnich dniach wakacji? A może już ostatki urlopu? Do mnie to osobiście jeszcze nie dotarło, ale czas się spiąć, dokończyć naukę, zrobić zakupy i przyszykować wyprawkę do szkoły (czy tylko ja mam dopiero 2 zeszyty kupione i nic więcej? :O) oraz uzbroić się w myśl, że ten rok będzie lepszy - oby!

Na pocieszenie mam dla Was super zdrową przekąskę, którą dostałam od firmy Fruit Bowl :) Owocowe paluszki? Brzmi uroczo, a opakowanie kusi jeszcze bardziej do zjedzenia! Jesteście ciekawi jak to cudeńko smakuje? Czy warto udać się do sklepów na jego poszukiwania? Zapraszam! :)


Skład:


Wygląd i smak: Pierwsze, co zdecydowanie rzuca się w oczy to to, że opakowanie jest po prostu PRZESŁODKIE :D Jabłka przerobione na ptaszki, które trzymają ''robaczki'', a te ''robaczki'' to nic innego jak zawartość malutkiej saszetki :) Widać, że są to jednak rzeczy stworzone z myślą o maluchach lub...takich osób jak ja, które mają pierdzielca na punkcie wszystkiego co urocze i słodkie ;) 

Szybko zabrałam się do otworzenia i...szok! To faktycznie wyglądało jak robaczki :D Czy mnie to zniechęciło? W sumie nie, bo byłam tak zauroczona pomysłem na grafikę, że było mi już wszystko obojętne ;) Zapach? POEZJA! Jak bym wąchała kwaśne jabłko, dopiero co zerwane z drzewa. Smak? Tu znów zaskoczenie! Owocowe paluszki są bardzo delikatne. Po włożeniu ich do buzi momentalnie się rozpadają i zostawiają po sobie cudowną słodycz wymieszaną z kwaskową nutą. Czułam się, jakbym jadła prawdziwe jabłko! Po prostu moc owoców ;) Bardzo polecam, bo to super przekąska i do tego pełna zdrowia oraz o niskiej kaloryczności ;) Dodatkowo może być to też zamiennik żelek dla wegan i wegetarian :) 


Podsumowując:
10/10
Cena - niestety nie wiem, ale podobno są w Carrefour
Czy kupię ponownie? - Tak

piątek, 26 sierpnia 2016

Urwis bananowy ZmianyZmiany

Dziś post podsumowujący moją całą współpracę z cudowną wegańską firmą ZmianyZmiany :) Jako ostatni na publikację czekał Urwis bananowy, ale to nie dlatego, że był najgorszy, broń boże! ;) Tak się po prostu złożyło i mam nadzieję, że i jego odbierzecie bardzo pozytywnie :)

Jak na razie batoniki od Zmiany Zmiany prawie mnie nie zawodziły! Jedynym batonikiem, którego nie była w stanie jeść całego to Petarda, która zawiera w sobie spirulinę czyli algi morskie, które dla mnie są okropne. Jednak to było tylko jedno malutkie niepowodzenie, a reszta powaliła mnie z nóg! Kosmos, Lewy Sierpowy czy Aloha to po prostu majstersztyk! :) Nie mogę oczywiście zapomnieć też o Urwisie jabłkowym, który był równie smaczny, ale nie tak wybitny jak wyżej wymieniona trójka :)  Jesteście ciekawi jak wypadnie ten ''dzieciak'' wśród asortymentu ZmianyZmiany? ;) Zapraszam!


Skład:


Wygląd i smak: Opakowanie prawie nie różni się od swojego jabłkowego brata, lecz tutaj zastosowana jest inna barwa kolorowej wstawki i inne rysunki owoców (to chyba oczywiste ;)). Papierek wykonany jest ze surowców ekologicznych, co firmie się bardzo chwali! Takie zwykłe foliowe papierki rozkładają się tysiące lat :( Wracając...
Batonik w środku wyglądał nieprzeciętnie ponieważ roił się w nim od OGROMNYCH kawałków orzechów brazylijskich! Jeszcze nigdy nie spotkałam się z batonikiem, który miałby ich takie wielkie kawałki :) Miałam ich 2 sztuki i obie były tak hojnie wypakowane ów orzeszkami ;) Nerkowców też tu nie pożałowano, co przełożyło się na boski zapach i smak. Batonik pachnie ślicznie, niczym chlebek bananowy wyjęty prosto z piekarnika. Mam wrażenie, że jest troszkę mniej elastyczny niż jego jabłkowy koleżka. Smak? Cuuuuudo! Mięciutki, bananowo-daktylowy chlebek i koniec kropka :D Tak właśnie mi on smakuje. Jest słodki, bardzo słodki, ale cóż się dziwić? Mamy tu combo karmelowych daktyli i dojrzałych bananów :) Orzechy nadają cudownej nuty czegoś ''kremowego'' (ach te nerkowce), ale i też wprowadzają efekt solidnego chrupania (brazylijskie!). Powiem Wam, że jestem nim oczarowana. I mimo, że jest mniejszy od najwyżej ocenionej 3 na blogu, stawiam go na równi z nimi! Ten sam jest piękny i koniecznie musicie go spróbować :) Polecam!


Podsumowując:
11/10!
Cena - ok. 5-6 zł
Czy kupię ponownie? - Tak!

czwartek, 25 sierpnia 2016

Wegański budyń z ciecierzycy bez gotowania

A któż to ma dzisiaj urodziny? A ja! :D I z tej okazji zamiast recenzji, na blogu pojawi się przepyszny i w 100% wegański przepis na słodkości :) I to na słodycz nie byle jaką, bo na coś, co kocham i nie wyobrażam sobie życia bez ów deseru...co to takiego? Budyń! Pełny białka, słodyczy i z nutą karmelu Coraz częściej staram się eksperymentować z wegańskimi deserami, słodyczami i wypiekami. Wymyślam przepisy, udoskonalam już mi znane, albo przerabiam te tradycyjne na roślinne. Niestety nie zawsze kończą się one powodzeniem i jestem zmuszona zjeść je niechętnie sama albo wyrzucić. No, ale...przecież każdy ma swoje niepowodzenia w kuchni, prawda?! Więc nie traciłam nadziei i kombinowałam dalej, aż powstał ten cudowny budyń :) Czekacie na przepis? W takim razie zapraszam do kuchni! :)


Składniki /1 porcja lub 2 mniejsze/:
200 gramów ciecierzycy z puszki 
1 duży banan
40 gramów daktyli
1 łyżeczka cynamonu

Daktyle zalać wrzątkiem i pozostawić na jakieś 4 godziny.
Ciecierzycę dokładnie wypłukać pod bieżącą, zimną wodą. Do blendera wrzucić ciecierzycę, obranego banana, cynamon i odsączone daktyle - zblendować do kremowej i pozbawionej grudek konsystencji. Jeśli całość wyjdzie za gęsta, możemy dolać wody lub mleka sojowego (tu świetnie sprawdzi się waniliowe) i gotowe! Szybko, wegańsko i bez gotowania :)


środa, 24 sierpnia 2016

Jogurt sojowy Sojade malina-marakuja

Jogurty, twarożki i serki to chyba rzeczy, które najbardziej wadzą mi w przejściu na weganizm. Nie jem ich często, może raz na tydzień, ale jednak ochotę ciągle mam i nie umiem jej zniwelować. Na szczęście coraz więcej stacjonarnych sklepów wprowadza do swoich lodówek zamienniki w postaci jogurtów ryżowych czy sojowych. Nawet w mojej zapyziałej mieścinie mam opcję kupienia sobie jogurtu sojowego i to w kilku smakach! ;) Na blogu już jogurty marki Sojade pojawiły się nie raz. Jeśli chcecie o nich więcej poczytać, to na pewno szybko je znajdziecie ;)

Dziś mam dla Was kolejny smak! Malina i marakuja? Idealnie letnie smaki - zapraszam! :)


Skład:


Wygląd: Opakowanie śliczne i niczym nie różniące się od klasycznych jogurtów czy jogurtowych deserów. W środku jogurt też prezentuje się bardzo ładnie, bo ma naturalny kolor malin oraz przyjemną konsystencję.


Smak: Po zerwaniu wieczka w mój nos od razu uderzył aromat malin.Takich słodkich, soczystych i pysznych. Kolorek tylko bardziej podsycał moją chęć spróbowania, a więc długo nie czekałam i szybko sięgnęłam po łyżeczkę :) Jogurt okazał się gęsty, aksamitny i baaaardzo słodki! Szczerze mówiąc, to chyba najsłodszy ze wszystkich, które jadłam. Maliny są bardzo wyczuwalne w smaku, a nawet ich drobinki pojawiają się podczas jedzenia. Jednak jest minus...kompletny brak marakuji. Nie wyczułam jej ani przez chwilę, a nie to obiecywał producent. Myślałam, że fajnie złagodzi słodycz malin, ale pupa, nie ma nic, a nic z tej kwaskowej kuleczki! Szkoda, ale i tak mogę jogurt polecić. Jeśli ktoś uwielbia malinowe klimaty, to będzie zachwycony ;)


Podsumowując:
9/10
Cena - 5,18 (podrożały :/) w Piotrze i Pawle
Czy kupię ponownie? - Tak

wtorek, 23 sierpnia 2016

Caponata Florentin

Hej! Sezon pomidorów już powoli dobiega końca, a więc wpadłam na pomysł, aby zaprezentować Wam dziś na blogu coś iście pomidorowego :) Czegoś, co pozwoli Wam cieszyć się smakiem pomidorów, kiedy zabraknie ich na krzaczkach w szklarniach.

Pamiętacie moją paczuszkę od firmy florentin? Znalazłam tam 2 rodzaje falafeli, których recenzje znajdziecie tutaj i tutaj, przepyszny hummus, który znajdziecie tutaj, a dziś już ostatni produkt z paczuszki, który jadłam już baaaardzo dawno, ale to właśnie dziś jest idealna chwila na publikację tego postu :) Ciekawi jak wypadnie to cudo? W takim razie zapraszam do czytania!


Skład:


Wygląd i smak: Powiem Wam, że do tego cudeńka podchodziłam jak pies do jeża. Nigdy nie jadłam caponaty i nie wiedziałam, co dokładnie może mnie czekać. Pomidory to kontrowersyjne dla mnie warzywo, bo na surowo nie potrafię go przełknąć, ale już przerobione mi smakuje...jednak! Tutaj jest przerobione, ale nie wiadomo czy taka postać by mi smakowała. Po głębszym przewertowaniu składu zauważyłam, że głównym składnikiem (bo aż 50%!) jest tu bakłażan, którego lubię :) Pomidor dopiero pojawia się na 3 miejscu i to w formie przecieru! No to co? Jem!

Zapach bardzo dziwny, ale w przyjemny sposób. Trochę grillowany aromat wymieszany z wonią oliwy z oliwek. Nie lubię oleistych rzeczy, ale tutaj olej się nie wytrącał i pachniał JAK PRAWDZIWA oliwa z oliwek ;)  Smak? Pycha! Ogromne bogactwo przypraw, lekka pikanteria i te ogromne kawałki bakłażana - idzie się zakochać! Jednak jest minus...oliwa. Jednak jej tu dla mnie za dużo i mój brzuch po tym cudzie już wariował (z resztą moja cera też).  Idealnie nadaje się jako dip do warzyw, grzanek czy paluchów chlebowych. Fajna sprawa, ale jeśli będę chciała zjeść caponatę ponownie, to tylko domową :)
Jednak jeśli wy tolerujecie olej czy oliwę to kupujcie w ciemno ;)


Podsumowując:
8/10
Cena - ok. 12 zł Alma, Piotr i Paweł, Delikatesy internetowe
Czy kupię ponownie? - Raczej nie, ale spróbuję odtworzyć w domu

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Tofu LAHŮDKOVE SunFood

Te czeskie nazwy mnie rozbrajają ;) Są takie wdzięczne i często podobne do naszego polskiego. Zawsze w moim ulubionym wegańskim sklepie (byłym, bo już się zamknął - smuteczek), śmiałam się pod nosem gdy wybierałam tofu ;) Zdradzę Wam, że najlepsze tofu jakie kiedykolwiek jadłam, to właśnie marki SunFood! Czesi na prawdę mają wiele ciekawych i nietypowych wegańskich pyszności, a my Polacy moglibyśmy się od nich uczyć ;) Chociaż już nie narzekam, bo ostatnio wegańskich rzeczy na naszym rynku wiele.

Tofu LAHŮDKOVE? Co to takiego? Zapraszam do czytania, a się dowiecie!


Skład:


Wygląd: Jak widać po składzie, Tofu LAHŮDKOVE to nic innego jak tofu z algami, pestkami dyni i warzywami. Ciekawy i niespotykany mix, który od razy przykuł moją uwagę. Nie tylko prosty i piękny skład mnie oczarował, ale i też sam wygląd tofu. Tyle kolorów i te całe pestki dyni! Czyż to nie wygląda smakowicie? ;)


Smak: Zacznę od zapachu, który był dosyć dziwny. Klasyczny zapach tofu wymieszany z prażoną cebulką i czymś...nietypowym. Na szczęście nie walił algami morskimi, które są dla mnie zmorą, a czymś takim ''orientalnym''. Konsystencja na plus, bo nie twarda jak guma i nie miękka jak gąbka. Łatwo się tofu kroiło i nie rozpadało się podczas smażenia. Smak? Boski!  Prażoną cebulkę i dynię było czuć najmocniej, ale pojawiało się też coś ''słonego''. Myślę, że to nori, ale nie miały one swojego ''typowego'' rybiego smaku. Powiem Wam, że ciężko je opisać, bo to taki mix smaków, że do tej pory ciężko mi je określić (a mam za sobą już chyba z 5 kostek :D). To tofu trzeba spróbować. Albo je pokochacie, albo znienawidzicie ;) Ja osobiście bardzo polecam!


Podsumowując:
10/10!
Cena - 6,40 zł
Czy kupię ponownie? - Absolutnie tak!

niedziela, 21 sierpnia 2016

Co je wegetarianka na obiad? (6)

Dziękuję Wszystkim za szczere komentarze :) Nie sądziłam, że tak wiele osób chciałoby jednak od czasu do czasu wiedzieć, co u mnie się dzieje. To miłe i bardzo budujące! Postaram się jednak być bardziej ''anonimowa'' jeśli chodzi o moje prywatne życie, bo obawy już pozostaną przed kolejną falą hejtu. Jeszcze raz bardzo dziękuję i postaram się czasami coś o sobie dodać :)



Na niedzielę mam dla Was post z moimi wegańskimi/wegetariańskimi obiadami! Starałam się zebrać coś ciekawego, bo ostatnio jem bardzo ''na biegu'' i nie zawsze mam czas aby cyknąć fotkę. Jednak obiecuję poprawę i już dziś serwują Wam post z wegańskimi inspiracjami! Lato powoli się kończy, ale ja nadal korzystam z fasolki szparagowej ile wlezie! Uwielbiam ją i prawie każdy mój obiad ją zawiera :) Zdradzę Wam też, że powoli przejadły mi się kiełki, a więc będzie ich teraz trochę mniej (a przynajmniej w przyszłych postach) ;)

Nie przedłużam już i zapraszam na post z talerzami pełnymi życia i kolorów! Smacznego :)


Tutaj mam mix brokuła i kalafiora na parze z kukurydzą, parówkami sojowymi smażonymi, ogórkami a'la krokodylki, bułką sojową i ketchupem (vegan)


Ogromna kostka tofu wędzonego, która ważyła 300 gramów (:D) usmażona na patelni w sosie sojowym, mix brokuła i kalafiora na parze, ogórki a'la krokodylki, marchewka pokrojona w frytki i ketchup jako dip (vegan)


Brokuł i fasolka szparagowa gotowane na parze, marchew, pomidory suszone od bioindygo.pl, pulpeciki wegańskie z Ikea, chleb pro body i ketchup (vegan)


Brokuł gotowany na parze, groszek, kiełki na patelnię z przyprawą do pizzy od SKWORCU, marchewka a'la frytki, bułka sojowa, ketchup i kilka orzechów nerkowca oraz orzechów włoskich (vegan)


Fasolka gotowana na parze, kiełki na patelnię z przyprawą do ryb, marchewki w słupki, cała puszka pieczarek konserwowych, ketchup i bułka sojowa (vegan)


Cały ogórek zielony posypany ziołami, fasolka szparagowa gotowana na parze, marchewka, pomidory suszone od bioindygo.pl, ketchup, chleb pro body i prażona cieciorka od SKWORCU (vegan)


Brokuł na parze z kiełkami na patelnię z przyprawą do kurczaka, kukurydzą, czerwoną fasolką i marchewką, chleb pro body i ketchup jako dip (vegan)


Jak widać wegańsko na 100% ;) Mam nadzieję, że obiady się podobają - miłego weekend'u!

sobota, 20 sierpnia 2016

Pasta sezamowa tahini NutVit

Postanowiłam sobie, że na blogu kończę z moim życiem osobistym i nie będę dokładnie opisywać co się u mnie dzieje. Mam dość tego, że wchodzę sobie przeczytać komentarze, a tam hejt o tym jaka jestem głupia, brzydka, okrutna dla zwierząt (bo poszłam do zoo), jaki mój blog jest gówniany, beznadziejny, że żebrzę o współprace, że nic nie osiągnę, że jestem gówniarą, która na nic w życiu nie zasługuje. Może powinnam zniknąć, rozpłynąć się i w ogóle zdechnąć w męczarniach. To niesamowite ile nienawiści i zawiści potrafi być w zupełnie obcych ci osobach...
Im mniej o sobie piszę, im mniej wstawiam tu swojego prywatnego życia, tym mniej hejtu. I przy tym pozostanę...

Teraz czas na recenzję! :)

Dziś mam dla Was coś, co tygryski lubią najbardziej ;) A mianowicie pastę tahini! Ja jadłam ją na razie tylko od dwóch firm, ale śmiało mogę powiedzieć, że już zaczynam się do niej przekonywać :) Firma NutVit przesłała mi już jakiś czas temu do testów ich pastę sezamową i wypadła...jak? Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam do czytania :)


Wygląd i smak: Skład pominęłam, bo to tylko 100% sezam ;) Wyglądu chyba też nie trzeba zbyt opisywać, bo jak wygląda pasta sezamowa, to chyba każdy wie? Ta powiem Wam, że ma ciekawy kolor, bo jest dosyć jasna, a moja poprzednia tahini miała ciemniejszy odcień. Konsystencja też bardzo na plus, bo nie jest zbyt zbita i łatwo ją dodać do dania bez konieczności rozpuszczania. Zapach? Dziwny, lekko gorzki i naturalny. Jest dosyć delikatny, ale to zasługa składu bez jakichkolwiek ''poprawiaczy''. Smak? Kontrowersyjny...a czemu? Zacznę od tego, że pasta ta jedzona solo jest dla mnie wręcz nie do przełknięcia. Nie wyobrażam sobie posmarować nią chleb, wafla ryżowego czy polać nim owsiankę, bo gorycz i tłustość zabija mi kubki smakowe. Sytuacja ma się zupełnie inaczej, gdy z tej pasty robię sos sezamowy czy dodaję go do ciasta - w tedy wychodzą cuda! Na przykład takie (klik) ;) Powiem, Wam, że sos sezamowy+brokuły+ciecierzyca+marchew to coś wspaniałego! Koniecznie musicie spróbować :) Myślę, że niedługo wrzucę przepis na danie wegańskie z takim własnie sosikiem :) A Wam polecam tą pastę, bo nie dość, że cena idealna do jakości i ilości, to i jest to super baza pod wegańskie (i nie tylko!) cudeńka :)


Podsumowując:
solo - 2/10
jako baza do ciasta/sosu - 8/10
Czy kupię ponownie? - Tak

piątek, 19 sierpnia 2016

Czekolada Milka Collage z karmelem, ciasteczkami i czekoladowymi kropelkami

Już piątek? Ale ten czas pędzi! Nie chce mi się wierzyć, że za 6 dni moje urodziny i poprawka z matematyki...jest stres, bo nie czuję się pewnie, a z moich wyników nawet korepetytor nie jest do końca zadowolony. Przy każdym próbnym teście trzepię się, mylę i jestem rozkojarzona...masakra :/ Ktoś ma jakieś rady na zniwelowanie stresu, większe skupienie i sposoby na naukę wzorów? Help!

A teraz coś słodkiego na zabicie moich smutków. Czekolada Milka? Dawno jej tu nie było, prawda? ;) To tylko dlatego, że teraz nie jadam ''nie wegańskich'' czekolad i już raczej takich nie dostaję/nie kupuję. Jednak ta tabliczka już długo zalega w folderze z przypisanymi notatkami, a więc wypada ją opublikować :) Swojego czasu robiła wielkie ''halo'' w internecie i spowodowała to, że miliony ją pokochało. Czy  ja zostanę oczarowana? Zapraszam!


Skład:


Wygląd i smak: Nie ukrywam, że i ja byłam na nią strasznie napalona, kiedy pojawiła się jako nowość. Pragnęłam jej ze wszystkich sił i tylko czekałam, kiedy dorwę ją w sklepie. Moją chcicę na wszelkie ''Milkowe'' nowości powodują ich nietypowe smaki i piękne opakowania. Tutaj znów szata graficzna kusi, a wyobraźnia o smaku kostek mlecznej czekolady, płata mi figle. Czy to się też przekłada na smak? Zacznę od tego, jak czekolada prezentuje się w środku. Bogato ozdobiona karmelkami, ciasteczkami i mini kropelkami z ciemnej czekolady. Każdy dodatek oczywiście spróbowałam oddzielnie.

Zapach? Słodko-mleczno-karmelowy. Szczerze to nie jest jakiś super, ale nie odpycha też jak w przypadku Milki caramel czy daim. Smak? Czekolada jest dosyć dziwna, bo to nie do końca typowa mleczna Milka. Ta jest o wiele bardziej tłusta i ''ciężka''. Pozostawia na języku tłustawy posmak, jak w przypadku pralinek Lindor (ale jeszcze gorszej jakości). Słabe, ale da się zjeść. Dodatki? Ciasteczka są nijakie, kruche i właściwie tylko nadające efektu ''chrup'' i nic więcej, a karmel strasznie twardy i sztucznie aromatyzowany. Czekoladowe kropelki, wydawałoby się bardziej deserowe, są słabo ''zaopatrzone'' w kakao i wychodzą tak samo słodko, jak sama czekolada, na której się znajdują. Słabe...

Cóż, piękna prezentacja nie zawsze oznacza super smak ;) Tutaj Milka się nie popisała i tego ''czekoladowego wyrobu cukierniczego'', jak podaje skład, nie polecam ;)


Podsumowując:
5/10
Cena - ok 4 zł
Czy kupię ponownie? - Nie

czwartek, 18 sierpnia 2016

Mielonka sojowa Sante

Mielonka sojowa? Że co przepraszam? A tak!
Nie wiem do czego to doszło, że nawet mielonkę można zrobić sojową, ale fajnie, że powstają takie alternatywy dla osób na diecie roślinnej. Szczerze mówiąc mielonki smaku nie pamiętam, ale wiem doskonale, że to była moja zmora. Mama nawet to potwierdzi, bo doskonale pamięta jak zdejmowałam ją skutecznie z każdej wciskanej mi kanapki. To cudo kupiłam pod wpływem zakupowego szału, ale już zdradzę Wam, że nie  żałowałam...ciekawi? Zapraszam!


Skład:


Wygląd: Prawdę mówiąc sama nie wiedziałam co zastanę w środku. Bo w ogóle jak ma niby wyglądać mielonka sojowa? Okazuje się, że PRAWIE (z dużym naciskiem na prawie) identycznie jak ta prawdziwa! Dziwny, różowawo-beżowy kolor i te ''białe'' plamki...

Przeżyłam szok i duże...OGROMNE obrzydzenie. Jeść to czy nie? Oto jest pytanie.
Pastę zamknęłam, włożyłam do lodówki, a gdy przyszła opora obiadowa, w końcu się za nią zabrałam.


Smak: Zacznę od zapachu, który lekko trącił soją, ale nadal wyczuwałam tu woń prawdziwej mielonki. Przyprawy były tu wyjątkowo dobrze dobrane, ale nie ukrywam, że moja wyobraźnia też tutaj dużo wniosła ;) Konsystencja nieźle mnie przeraziła, bo przypominała pudding z jakiegoś budyniu...fuj.

Smak? O dziwo pyszny! Pierwsze co poczułam to sól i soja. Następnie ujawniły się kolejne aromaty przypraw, a ''białe plamki'' okazały się niczym innym, jak zwykłym ryżem ;) Ciekawa kompozycja smaków, ale jak dla mnie zbyt słona. Taka sojowa tekturka z dobrze dobranymi przyprawami i ryżem. Nie jest to coś wybitnego, ale bardzo fajnego i na pewno uratuje mnie w niejednej ''kryzysowej'' sytuacji ;) Kolejnym plusem jest to, że można ją śmiało pokroić i położyć na kanapce bez żadnego rozwalania :)
Polecam!


Podsumowując:
8/10
Cena - ok. 2 zł Kaufland
Czy kupię ponownie? - Tak

środa, 17 sierpnia 2016

Oreo Chocolate Creme

Po ciężkiej nocy i hałasie robotników na rusztowaniach koło moich okien, potrzebowałam czegoś syfiastego i słodkiego. Nie wchodziła w grę czekolada, bo na nią ostatnio nie bardzo mam ochotę, ale nie zadowoliłby mnie też bakaliowy raw batonik czy bardzo dojrzały banan, który prosi się oz jedzenie od 3 dni (będą placki!). Pogrzebałam w moich zapasach i ...bingo! Paczka Oreo z czekoladowym kremem ;) Miałam już je kiedyś w swoich słodyczowych zbiorach, ale przyjechali goście więc szybko zniknęły, a mnie nie dane było ich spróbować. Jednak tato o mnie zawsze myśli i niedawno kupił mi nową paczkę tych ciastek ;) Oreo bywały na blogu już w 2 wariantach - klasyczne (klik) oraz peanut butter. O ile kremy nie zawsze mi smakują, to herbatnik nigdy nie zawodzi i moim zdaniem jest to najlepsza forma wegańskich herbatników na rynku. Czy te zasmakują mi w całości? Czy czekoladowa maź między ciasteczkami sprosta moim wymaganiom?Zapraszam :)


Skład:


Wygląd: Zauważyłam, że każdy smak Oreo ma inny kolor sreberka, w którym znajdują się ciastka. Fajny pomysł i jednocześnie uroczy. Lubie takie skromne detale i zawsze zwracam na nie uwagę. Tutaj mamy przyjemny odcień kakao, który zapowiada czekoladową rozkosz...ale czy na pewno?

Po otwarciu Oreo wygląda przyzwoicie, a ilość kremu jest dla mnie idealna. Nie za dużo i nie za mało.


Smak: Zapach był cudowny i bardzo intensywny. Pierwsze co wyczułam, to oczywiście najlepszy na świecie herbatnik, ale już po chwili pojawiła się nutka czegoś czekoladowego. Czegoś, co lekko pochodziło mi pod mleczną czekoladę. Herbatnik smakował identycznie jak w klasycznym i był idealny. Mocno kakaowy, lekko kuchy i boski! A krem? Tłusty, czekoladowy i dosyć wytrawny. Byłam zdziwiona jego smakiem, bo klasyczne Oreo mają krem o smaku cukru (fuj!), a tutaj dostałam dosyć stonowaną słodycz lekko wytrawnej czekolady (takiej 40 %). Powiem Wam, że robiłaby niezłą robotę gdyby nie grudkowo-proszkowy posmak na końcu. Nie potrafię go dokładnie opisać, ale trochę przypominał surowe kakao dla dzieci (?). Ogólnie fajnie komponował się z herbatnikiem, ale ostateczny posmak zniechęcał. Myślę, że idealnie sprawdzą się jako dodatek do jakiegoś wegańskiego wypieku, ale do jedzenia solo na pewno ich nie kupię.


Podsumowując:
8/10
Cena - ok. 5 zł
Czy kupię ponownie? - Być może