wtorek, 17 października 2017

Dżem bananowy Citronex

Wtorek zapowiada się bardzo luźnie, a więc na pewno wpadnie trening i dam z siebie 100% :) Trzymajcie kciuki, bo przyda się bardzo na dzisiejszej próbnej maturze z biologii! Dziś niestety mój znienawidzony układ czyli układ krążenia :( Ale dam radę - trzymać kciuki!

Już wiele razy tutaj to pisałam, ale muszę się powtórzyć, że u mnie w domu dżemy to produkt, który zawsze znika w mgnieniu oka! Moja mama jest maniakiem tych słodkich past i jeden słoiczek starcza nam tylko na tydzień i to czasami niecały! Dżem bananowy to coś, co obie strasznie chciałyśmy spróbować, a więc taki słoiczek wylądował w naszym koszyku. Czy było warto? Zapraszam!


Skład:


Wygląd i smak: Moja mama zakupiła ten dżem głównie ze względu na jego słoiczek. Stwierdziła, że wygląda tak jak przetwory z czasu PRL i jakoś wzięło ją na wspominanie :) Mnie ten słoiczek jakoś nie powalił, bo według mnie zrobiony jest dosyć nudno i nie rzuca się jakoś szczególnie w oczy, ale liczy się smak, a nie prezentacja! Obie strasznie chciałyśmy go spróbować, ale z drugiej strony miałyśmy pewne obawy, bo w składzie występuje jeszcze cukier, a banany są już słodkie same w sobie, a więc zapowiadało się bardzo słodko...i tak właśnie było.

Pierwsze co poczułyśmy po otwarciu słoiczka to ten charakterystyczny aromat deserków owocowych dla dzieci. Ja je lubię, ale mojej mamie to nie pasowało. Konsystencja przypominała zmiażdżone banany i w sumie wyglądało to w miarę smacznie. 

Po pierwszej łyżeczce wiedziałam, że to nie jest produkt dla mnie. Głownie co tutaj czułam to smak posłodzonego banana, a nie trudno się domyśleć jakie to musiało być słodkie i mulące. I mnie i mojej mamie on nie smakował, a więc musiałyśmy go wykorzystać do jakiegoś ciasta :P Niby był bardzo bananowy, ale bananowy w cukierkowy sposób - nie moja bajka. 


Podsumowując:
4/10
Cena - 3.99 zł Netto
Czy kupię ponownie? - Nie


poniedziałek, 16 października 2017

MIX ziaren do sałatek Bakal

No i znów mamy poniedziałek :) Wolne się skończyło, ale na szczęście spędziłam je w cudownej atmosferze rodzinnej! Uwielbiam takie wycieczki i mam nadzieję, że pogoda jeszcze kiedyś dopisze i będę mogła wybrać się na taką wycieczkę jeszcze raz :)

Kto lubi sałatki? Ja bardzo! I im więcej w nich składników tym lepiej :) Sałatki to chyba jedyna opcja wciśnięcia mi sałaty, bo niestety nie należę do osób, które przepadają za sałatami i innymi odmianami zieleninki :)Szpinak, rukola i te sprawy to raczej coś, co rzadko bywa na moim talerzu. Jednak taką nudną sałatę można świetnie urozmaicić właśnie takimi miksami ziaren! Bakal oferuje nam trzy wersje smakowe i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie :) Jesteście ciekawi jaki mix był moim ulubionym? Zapraszam! :)


Składy:




MIX ORIENTALNY - Bardzo lubię sezam, ale właśnie tylko taką postacią. Nie dla mnie wszelkie tahini i taką pastę z sezamu jestem w stanie zjeść tylko po dobrym przyprawieniu czy to na wytrawnie czy to na słodko :) Sezam jest bardzo zdrowy, a tutaj w połączeniu z dynią i słonecznika to istna bomba zdrowych tłuszczy, które ponadto zawierają bardzo dużo magnezu czyli coś idealnego dla osób, które niestety mają problemy ze skurczami :) Mix orientalny bardzo mi zasmakował i muszę przyznać, że idealnie wpasował się do sałaki z prażoną cieciorką i papryczką :) Polecam! Dodatkowo dwukolorowy sezam dodaje tutaj takiego pięknego wrażenia i cieszy oko :)

9/10


MIX KLASYCZNY - Czyli typowe zestawienie pestek dyni, słonecznika, siemienia lnianego i sezamu :) Wszystkiego po trochu i mimo, że ta mieszanka nie jest jakaś spektakularna to świetnie smakuje i super smakuje w przeróżnych sałatkach! Ja muszę Wam powiedzieć, że ten mix wykorzystałam do placuszków! Dzięki dodaniu tego cudeńka do masy ciasta na placki wyszły ultra chrupiące i przepyszne :) Super opcja, ale nadal nie moja ulubiona :)

9/10


MIX ŚRÓDZIEMNOMORSKI - No i czas na mojego faworyta! Połączenie pestek dyni, słonecznika, sezamu i soczystej żurawiny to totalna bomba! Tak mi zasmakował, że wcale nie musiałam dodawać go do sałatki czy innego dania, bo zjadłam go solo :D Żurawina fajnie łamała smak i dodawała słodyczy, a ziarenka super chrupały i tak jak w poprzednich wersjach były świeże i boskie :) Świetna opcja i na prawdę polecam, bo warto!

10/10


niedziela, 15 października 2017

BIO herbatniki prostokątne

Witam! Pogoda jest przepiękna, a więc dziś muszę to jakoś z moją rodzinką wykorzystać :) Dziś się wybieramy do parku, muzeum i palmiarni w Łodzi, a więc będzie ciekawie. To będzie świetny sposób na odstresowanie się przed bardzo ciężkim tygodniem szkoły :)

Jest tu jakiś maniak herbatników? Bo ja się do nich zaliczam! Herbatniki to zdecydowanie mój smak dzieciństwa i do tej pory pamiętam jak się nimi zajadałam na potęgę :) Dodatkowo herbatniki to takie ciastka, które nigdy się nie znudzą, bo można je wykorzystać na wiele sposobów! Maczać w mleku, herbacie, kawie, przełożyć jakimś kremem, dodać do ciasta...tyle opcji :) Dzisiaj mam dla Was recenzję właśnie herbatników, ale nie byle jakich bo wegańskich i BIO, bo ich skład jest z ekologicznych składników! Kto jest ich ciekawy? Zapraszam do czytania :)


Skład:


Wygląd i smak: Pudełeczko zdecydowanie z nastawieniem do dzieci, które właśnie często mają obsesję na punkcie tych uroczych ciasteczek :) Jest dosyć małe, ale wygodne i po otworzeniu, łatwo przechowywać nasze ciasteczka. Skład jest krótki, z ekologicznych składników i oczywiście wegański! I gdyby nie to, że przeczytałam skład, to w życiu bym nie wiedziała, że są one właśnie wegańskie.

Po otworzeniu pierwsze co poczułam to wyraźnie maślany aromat. Nie wiem skąd mi się on tam wziął, ale przyrzekam, że właśnie ten wyjątkowy maślano-mleczy aromat wyczułam! Od razu po tym napłynęła mi ślinka, a więc jak najszybciej zabrałam się za test smaku. Herbatniki były dosyć twarde, ale ja zdecydowanie takie preferuję. Lubię jak jest się w co wgryźć i herbatniki bardzo głośno chrupią :D Nie dla mnie herbatnikowe cieniasy ;) Te były po prostu idealne! Smak? Obłędny, szybko rozpływający się w ustach i taki bardzo maślany...smakowały tak, jak te co jadłam za dzieciaka :) Pyszne i nie mam pojęcia jak oni to zrobili, że czuć tu właśnie ten maślankowy i jednocześnie maślany aromat. Idealne i na pewno do nich jeszcze wrócę! Polecam :)


Podsumowując:
10/10
Cena - prezent
Czy kupię ponownie? - Tak




sobota, 14 października 2017

Smażone śliwki pod chmurką z kaszy manny

Witam, witam! Troszkę mnie tu nie było, ale wszystko się jakoś skumulowało i nie miałam czasu na bloga :( Starałam się tu zaglądać, ale niestety inne rzeczy spowodowały, że musiałam o nim na parę dni zapomnieć. Jednak już jestem i to nie z byle jakim przepisem! Dziś mam dla Was przepis, który nada się idealnie na jesienne śniadanie, ale i nie tylko, bo będzie też świetną opcją na romantyczny wieczór czy seans filmowy w weekend ze znajomymi :) Kto chętny? ;) W deserze oczywiście nie może zabraknąć śliwek! To ostatnio one królowały na moim stole i zajadałam się nimi na potęgę :) Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie własnie śliwki, dynie i jabłka to kwintesencja kulinarnej jesieni i uwielbiam te składniki! Smażone śliwki to deser zdecydowanie do podawania na ciepło :) Komu zrobiłam smaka? Zapraszam :)


Składniki /2 spore porcje/:
10 sztuk śliwek
50 g kaszki manny
1 łyżeczka cynamonu
2 bardo duże łyżki oleju kokosowego
5 łyżek cukru trzcinowego
300 ml mleka sojowego (lub innego)

1.Śliwki myjemy i pozbawiamy je pestek. Następnie kroimy na mniejsze kawałki.
2.W garnuszku umieszczamy mleko sojowe i zagotowujemy. Gdy zacznie wrzeć wsypujemy kaszę mannę wraz z 2 łyżkami cukru i gotujemy aż kaszka będzie bardzo gęsta (jak budyń).
3.W kolejnym garnuszku rozpuszczamy olej kokosowy. Następnie dodajemy do niego śliwki, 3 łyżki cukru, posiekane orzechy włoskie, siemię lniane, cynamon i smażymy do momentu aż nasze śliweczki zmiękną i stworzy się cukrowo-cynamonowy sosik.
4. Do pucharków na samo dno wykładamy smażone śliwki z orzechami, a następnie na nie wykładamy naszą kaszkę mannę.
5. Na koniec polewamy ulubionym syropem (u mnie jest to syrop daktylowy) i zajadamy na ciepło lub na zimno.

Smacznego!





wtorek, 10 października 2017

BIO Mus Kokosowy FOODS BY ANN

Bardzo lubię kokos, ale nigdy wcześniej nie miałam okazji próbować oleju czy pasty kokosowej. Mus kokosowy to coś pomiędzy tymi dwoma produktami, bo nie jest to do końca olej i nie jest też to w 100% pasta :) To mus z kokosa, który można wykorzystać do robienia deserów, polew czy też do jedzenia solo! Strasznie mnie zaciekawił i przez to wylądował jako pierwszy do testowania! Jak wypadł? Zapraszam do czytania!


Skład:


Wygląd i smak: Słoiczek wykonany typowo w klasycznych klimatach, które mimo, że wykonane są w zupełnej prostocie i minimalizmie, to przyciągają uwagę na sklepowych półkach :) Bardzo podoba mi się sam słoiczek jak i jego grafika. Kontrast białego musu i czerni grafiki jest świetna!

Szybko zabrałam się za otwarcie słoiczka, bo byłam ciekawa jak to w ogóle jeść i jak to będzie wyglądać. Okazało się, że mus kokosowy jest w konsystencji identyczny jak olej kokosowy, ale pachnie dużo lepiej, bardzo kokosem i jest jakby mniej rozdrobniony. Chwilami miałam wrażenie, że widzę tutaj jeszcze nie do końca zmielone wiórki kokosowe czy inne części ze środka kokosa. Zapach jak już mówiłam bardzo ładny, lekko mydlany i gdyby nie było napisane, że to produkt spożywczy, pewnie uznałabym to za balsam do ciała :D Smak? Mydlany, mdły i lekko kokosowy, ale to tylko solo! Po rozpuszczeniu i dodaniu do deseru/czekolady/kakao/ciasta jest świetne! I o tym niedługo, bo mam dla Was przepis :) Ogólnie bardzo ciekawy wynalazek, który pozwolił mi na masę kombinowania! A jakiego? O tym już niedługo :)
Ogólnie polecam, ale nie jest to coś w stylu kremu na kanapki, a więc lepiej się tym nie sugerować!



Podsumowując:
9/10
Czy kupię ponownie? - Tak

poniedziałek, 9 października 2017

Masło migdałowe Terrasana

Dziś już niestety poniedziałek i po przerwie trzeba znów iść do szkoły :( Niby nie mam dziś trudnych zajęć, ale siedzenie 8 godzin w zimnym budynku jakoś mi się nie uśmiecha.  Jednak pociesza mnie fakt, że mam dziś swój trening i trochę chwili dla siebie :) Oby się udało!


To, że jestem fanką masła orzechowego to doskonale wiecie. Na swoim koncie mam już masę spróbowanych maseł orzechowych od przeróżnych firm, ale do tej pory bardzo mało maseł z innych orzechów było dane mi spróbować. Masło migdałowe to jedno z najzdrowszych i najbardziej bogatych w roślinne białko orzechowych past, a więc dla mnie to białkowo-tłuszczowe wybawienie :D Uwielbiam takie wariacje na temat past, a firmy Terrasana nie miałam jeszcze okazji spróbować. Jak wypadają ich masła? Zapraszam do czytania!


Skład:


Wygląd i smak: Słoiczek jest śliczny, zgrabny i na pewno znajdzie swoje drugie życie w moim domu :) Bardzo lubię zbierać takie słoiczki, bo można wyczarować z nich wiele rzeczy. Tutaj dodatkowo dochodzi prosta, przejrzysta, ale bardzo kusząca grafika z apetycznym migdałem na czele ;) Pozytywne jedzenie? Zgadzam się z tym hasłem! Szczególnie przy takich smakołykach.

Masło z migdałów ma zupełnie naturalny skład czyli 100% migdałów, które jak każdy orzech wytrącają po zmieleniu olej. Tutaj taki także się pojawił i musiałam bawić się w dosyć ciężkie mieszanie całości. Niby to plus, ale mnie męczy i dlatego też często staram się kupować egzemplarze bez takiego oleju na górze :)
Po otwarciu słoiczka zachwyciłam się od razu cudownym aromatem prażonych migdałów, które oczywiście uwielbiam. Masło to stworzone jest własnie z takich i to zmielonych ze skórką! Czyli nawet witaminy ze skórki pozostają z nami. Smak? Chyba nie muszę pisać, że boski? :) Konkretne, kremowe i zaklejające masło migdałowe, ale przy tym pyszne i o wyraźnym aromacie świeżych podprażonych migdałów. Nie ma mowy tu o goryczce od skórki, a jednie naturalna słodycz migdałów. Coś pysznego! Myślę, że każdy amator orzechowych smaków będzie zachwycony - polecam!


Podsumowując:
10/10
Czy kupię ponownie? - Tak



niedziela, 8 października 2017

FOODS BY ANN - tylko naturalne składniki!

Nie znam osoby w naszym kraju, która nie znałaby słynnej pary Lewandowskich! Są to sportowcy, którzy zarażają pozytywną energią i nastawieniem do sportu :) Ja osobiście uwielbiam Anię Lewandowską i za każdym razem widząc jej zdjęcie z motywującym dopiskiem chce mi się ćwiczyć! Jest to według mnie ideał sylwetkowy, bo nie przerośnięty mięśniami, a z zarysowaniem i pozostawieniem kobiecych kształtów jednocześnie :) Ania motywuje nie tylko swoimi treningami, ale i też marką żywności ekologicznej, która powstała bardzo niedawno, bo w 2016 roku. Punktem zapalnym było stworzenie produktów, które dotychczas były niedostępne w sprzedaży. Celem marki Ani Lewandowskiej jest wskazanie właściwych nawyków żywieniowych oraz pokazanie, że produkt zdrowy nie musi się kojarzyć z wyrzeczeniem, a wręcz przeciwnie - z samymi przyjemnościami :) Ponadto produkt sygnowany jej nazwiskiem jest synonimem najwyższej jakości i dbałości o klienta.

Sklep Ani jest bogaty w różne produkty spożywcze przeznaczone dla osób na przeróżnych dietach. Bezglutenowcy, weganie, paleo...każdy znajdzie coś dla siebie! Jako, że ja jestem na diecie wegetariańskiej dostałam do przetestowania dla Was właśnie takie produkty!
Kto ciekawy? :)



Produkty te są stworzone ze surowców najwyższej jakości ze sprawdzonych źródeł. Nie ma w nich chemicznych wspomagaczy i dodanych cukrów. Nie zawierają glutenu ani laktozy, dzięki czemu są bezpieczne dla alergików. 

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia strony Ani Lewandowskiej! A już niedługo pojawią się pierwsze recenzję i wspaniałe przepisy - czekajcie! :)




sobota, 7 października 2017

Red Velvet Legal Cakes

Gdy byłam w gimnazjum od zawsze chciałam spróbować słynnego i pięknie wyglądającego ciasta prosto z USA o wdzięcznej nazwie Red Velvet. Piękne ciasto o silnie czerwonej barwie i z białym śmietankowym kremem na bazie serka, który od razu wywoływał u mnie ślinotok. Jednak z biegiem czasu zmądrzałam i zamiast faszerować się takim ciastem pełnym chemii stawiam na coś lepszego i to nie tylko pod względem walorów zdrowotnych ;) Legal Cakes ostatnio do swojej oferty wprowadziło wegańskiego i bezglutenowego batonika Red Velvet, który prezentuje się równie pięknie jak oryginalne ciasto! Tutaj zamiast barwników, tony masła, mąki i innych nie bardzo pożądanych składników mamy ciasto na bazie bananów, buraków, mąki jaglanej i innych produktów z serii #healthy :) A jak smakuje? Zapraszam do czytania!


Skład:



Wygląd i smak: Pierwsze co to muszę zwrócić uwagę na opakowanie, które wykonane jest świetnie. W Ameryce Red Velvet jest bardzo popularne na Walentynki (wiadomo, czerwone serca wszędzie ;)), a więc i tutaj jest do tego nawiązane. Batonik nie jest tak rażąco czerwony jak klasyczne ciasta, ale widać tą lekko różową barwę, która od razu wywołuje uśmiech na twarzy :) Batonik jest lekki, delikatny i jakby biszkoptowy, a z wierzchu oblewa go cienka warstwa czekolady, która ładnie się do całości komponuje.

Zapach jest cudowny, lekko cytrusowy, słodziutki i wyraźnie bananowy. Banany mają to do siebie, że mocno ingerują w smak, ale ja je bardzo lubię, a więc to tutaj tylko plus. 

Podczas jedzenia nie pomyliłam się, bo ciastko/baton miało identyczną konsystencję jak taki domowy biszkopt puszek :) Przy każdym gryzie wręcz rozpadał i momentalnie rozpływał się w ustach razem z polewą z pysznej czekolady. Buraków nie lubię i bałam się, że je wyczuję, ale nic z tego mnie nie spotkało ;) Smak nie wiem do końca jak określić, bo niby troszkę jak bananowy biszkopt, ale i też trochę jak cytrynowa babka. Ten kwasek cytrusowy ciągle się przewijał i mimo, że nie lubię cytrusów w słodyczach to tutaj bardzo mi to odpowiadało. Bardzo ciekawa wersja i udana nowość! Myślę, że skusiłabym się na niego ponownie, ale brownie z fasoli nadal wygrywa :)


Podsumowując:
8/10 
Czy kupię ponownie? - Tak

piątek, 6 października 2017

Nakd Nibbles Mint Humbug

Szkoła wysysa ze mnie resztki życia i dlatego jest mnie tutaj znacznie mniej :( Bardzo Was za to przepraszam, ale ja po prostu nie mam czasu nawet dla siebie, a co dopiero na bloga i odwiedzanie innych blogów. Staram się jak mogę, ale wychodzi jak wychodzi...
Na razie w szkole nie jest źle, ale dobrze też nie. Nawał sprawdzianów, kartkówek i ustnych matur powoduje, że nie ze wszystkim się wyrabiam, a więc oceny już zdążyłam popsuć :P Nie jest źle, ale nie jest też tak jak chciałam. Pogoda tez nie dopisuje, ale grunt to pozytywne myślenie! Staram się nie tracić humoru i znajdować pozytywne aspekty w każdym wydarzeniu - w tym złym i tym dobrym :)

Dziś mam dla Was recenzję produktu, który z jednej strony mnie przerażał, a z drugiej bardzo kusił. Unikam miętowych rzeczy jak mogę, ale nigdy tez nie odmówię słodkościom wegańskim na bazie daktyli :) Bardzo lubię takie słodycze, ale z miętą? Czy to może dobrze smakować?  Zapraszam do czytania!

PS Miałam już wcześniej okazję jeść nakd nibbles, ale nie bardzo mi nie posmakowały, a tutaj znajdziecie recenzję :)


Skład:


Wygląd i smak: Produkty Nakd znam pod postacią małych batoników, ale wersja takich kuleczek też jest fajna i urocza :) Oczywiście preferuję tą pierwszą wersję, ale zawsze jestem otwarta na nowe smakowe doświadczenia. Opakowanie jest śliczne, świetnie zaprojektowane i kuszące. Smak nie bardzo mi tutaj pasuje, bo mięta do daktyli moim skromnym zdaniem nie pasuje, ale wiem, że każdy ma inne preferencje smakowe :) 

Po otwarciu pierwsze co poczułam to strasznie silna woń mięty. Była identyczna jak ta, którą czuć przy otwieraniu miętowej gumy do życia. Nie znoszę tego aromatu, a więc od razu zniechęciłam się do tych kuleczek mimo, że były śliczne. Innych składników nie wyczułam, a jedynie tą paskudną miętę.

Smak? Bardzo specyficzny i zdecydowanie nie w moich klimatach. Daktyle niby nadawały tą karmelową słodycz, ale ta mięta...boże, tak silna, że aż mdląca i po prostu nie dobra :P Nie lubię miętowych słodyczy, miętowych napoi i innych przysmaków, a więc raczej nic o tymże smaku mnie nie oczaruje. Te kuleczki musiałam oddać, bo po jednej kuleczce miałam dość.


Podsumowując:
2/10
Cena - prezent
Czy kupię ponownie? - Nie

środa, 4 października 2017

Truskawki w syropie ETERNO

Kolejny maraton zaliczeń w szkole! Eh...byle do piątku ;) Dziś matematyka i matura z angielskiego, a że ja zdaję rozszerzenie to mam trudniejszą i dłuższą wersję. Niby się uczyłam do tego angielskiego, ale mam wrażenie, że nic nie umiem :D Na matematykę długo się uczyłam, ale też marnie to widzę. Stereometria to przekleństwo!


Kto lubi owoce w syropie? Ja oczywiście preferuję te świeże, ale nie da się ukryć, że czasami te przetworzone są nam niezbędne :) U mnie w domu świetnie nadają się do deserów, ciast czy herbat! To super opcja dla tych, którzy nie mają możliwości robienia takich przetworów w domu :) Dziś recenzja truskawek w syropie, które samą swoją prezentacją skradły mi serducho! Jak zatem ze smakiem? Zapraszam do czytania :)


Skład: truskawki 52%, cukier


Wygląd i smak: Słoiczek ponownie jest prześliczny i pięknie ozdobiony. Pisałam już wielokrotnie, że takie produkty to coś idealnego na prezent dla bliskiej nam osoby. Ja uwielbiam dostawać takie nowinki smakowe jako prezenty, bo zdecydowanie należę do osób ciekawych nowych smaków :) 
W środku słoiczka znajdują się CAŁE truskawki i syrop na bazie ich soku oraz cukru. W sumie mamy tutaj dwa produkty w jednym, bo i truskawki i syrop to dwie odrębne rzeczy :) Truskawki świetnie nadadzą się do deseru/ciasta, a syrop do herbaty czy budyniu :) 

Po otworzeniu słoiczka pierwsze co poczułam to woń letnich i słodziutkich truskawek. Nie było mowy tutaj o żadnej sztuczności! Był to typowy aromat moich ukochanych truskawek, które uwielbiam i w czasie sezonu zajadam ile wlezie. Były one bardzo duże, jędrne i jak już pisałam, w całości, co dla mnie jest bardzo ważne :) Zarówno syrop jak i truskawki pachniały pięknie, a ich smak był tak letni, że nawet w ostatnie zimne zawirowania czułam lato :) Produkt jest bardzo słodki, ale w zestawieniu z ciastem czy kwaśnym jogurtem wypada wyśmienicie! Myślę, że każdemu miłośnikowi truskawek by posmakowało - polecam :)


Podsumowując:
10/10!
Cena: TUTAJ
Czy kupię ponownie? - Tak!

wtorek, 3 października 2017

Surowa biała czekolada z pistacjami i solą (COCOA)

Dziś zapowiada się jeszcze gorszy dzień niż wczoraj, ale muszę to jakoś wytrwać :) Dziś sprawdzian z układu pokarmowego i oddechowego, ale mam nadzieję, że nie pójdzie mi tak źle! Wczoraj niby byłam zmęczona, ale ważne, że miałam czas na odrobinę przyjemności :) Proszę Was tylko o ponowne mocne trzymanie kciuków! Przydadzą się :)


Już jakiś czas temu dostałam od mojej kochanej Marty prezent, w którym znalazła się ta tabliczka. Marta chyba czytała mi w myślach, bo już od bardzo dawna chciałam jej spróbować, ale niestety w mojej mieścinie nie mogłam jej znaleźć :( Jednak los się do mnie uśmiechną i mam! Wiele osób ją zachwalało, a więc miałam do niej ogromne oczekiwania. Jak wypadła? Zapraszam do czytania :)


Skład:



Wygląd i smak: Czy znacie czekolady COCOA? Na blogu były już recenzje ich wyrobów, ale w wersji gorzkiej czyli takiej, która ma ponad 70% kakao w składzie :) Tutaj mamy zupełną odmianę czyli czekoladę białą, ale nadal wegańską bo bez żadnego mleka w składzie czy innych odzwierzęcych składników. Ja należę do miłośników gorzkiej czekolady, ale takiej okazji jak ta nie mogłam przegapić, bo czekolady z pistacjami to dosyć rzadki okaz :) A solone pistacje to już w ogóle coś pysznego, a więc ta czekolada musiała mi smakować! A ja było?

Zacznę od jej samej prezentacji, która jest śliczna! Pistacji było bardzo dużo, a cała czekolada nie była biała, a kremowa jak jakieś cappuciono :) Czekolada była zdecydowanie bardziej miękka niż gorzkie odpowiedniki i moim zdaniem dużo bardziej tłusta. Smak? Bardzo intrygujący, ale dla mnie chyba zbyt mdły. Gdyby czekolada nie miałaby pistacji byłaby strasznie płaska w smaku. Właśnie te solone pistacje nadają jej tego charakteru i wyrafinowanego smaku :) Pistacje świeże, chrupiące, ale moim zdaniem za mało posolone i tej wyraźnej nuty soli tu brakowało. Czekolada rozpuszczała się fajnie w ustach, ale pozostawiała tłusty posmak. Ogólnie bardzo fajna tabliczka, ale czekam na taką w wersji gorzkiej! Bo to jednak nie do końca moje smaki :)


Podsumowując:
7/10
Cena - ok. 10 zł
Czy kupię ponownie? - Tak


poniedziałek, 2 października 2017

Kompas (ZmianyZmiany)

Witam, witam po dłuższej przerwie! Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, ale niestety szkoła rządzi się swoimi prawami i brakło mi czasu. Jednak wracam z pełną parą i w październiku mam bardzo dopięty i idealnie zorganizowany grafik, a więc musi się udać! Oby, oby :) Dziś tylko proszę Was o trzymanie za mnie kciuków, bo piszę aż 3 prace klasowe, a więc sami wiecie...musi się udać!


Kto pamięta Zmiany Zmiany? Wiecie, że ta cudowna firma wprowadziła nowy smak?! Tak i to idealny dla fanów orzechowy smaków czyli mnie :) Kompas to nowość, która pojawiła się pod koniec wakacji. Stworzony dla podróżników, którzy potrzebują szybkiego zastrzyku energii w drodze, ale i nie tylko ;) Myślę, że Kompas to idealne rozwiązanie dla każdego! A jak smakuje? Tego dowiecie się poniżej - zapraszam do czytania!



Skład:


Wygląd i smak: Zmiany Zmiany mają to do siebie, że ich batony posiadają wyjątkową i niepowtarzalną szatę graficzną. Tutaj mamy nawiązanie do mapy, która jest też adekwatna do kompasu :) Batonik stworzony dla podróżników? Możliwe, ale myślę, że jego skład nadaje się dla każdego, kto lubi orzechowe smaki! W składzie mamy tylko orzechy ziemne, daktyle i orzechy laskowe. TYLKO 3 SKŁADNIKI! I to orzechy na pierwszym miejscu, a więc to musi oznaczać jedno...masło orzechowe zamknięte w batoniku! Czy tak było? ;)

Po otworzeniu zachwyciłam się od razu jego zapachem, który właśnie był identyczny jak aromat świeżego masła orzechowego. Wyraźnie czułam orzeszki ziemne, lekko podprażone i subtelną słodycz daktyli. Batonik był dosyć twardy, ale myślę, że poradzą sobie z nim nawet osoby ze słabymi zębami :D

Smak? Po pierwszym gryzie odpłynęłam! Wszystkie moje przypuszczenia i oczekiwania co do niego spełniły się i to w 100% :) Batonik smakuje jak masło orzechowe z daktylami i nic więcej :) Niby ten smak jest prosty, ale tak wciągający, że mogłabym jeść go codziennie. Konsystencja idealna, w środku znajdują się kawałki orzeszków, które moim zdaniem są podprażone i po prostu boooskie! Dla mnie kolejny sukces Zmiany Zmiany, który każdy powinien spróbować! Polecam :)


Podsumowując:
100/10!
Cena - ok. 5-6 zł
Czy kupię ponownie? - Tak!